piątek, 31 lipca 2015

Rozdział 3 - "Prawda"

 Znów zapanowała ciemność, jednak tym razem nie był to żaden sen. Znów leżałam na ziemi. Moje serce zaczęło walić jak głupie, podczas gdy oczy zamgliły się łzami. Nagle zaczęło się rozjaśniać i ani się nie obejrzałam, gdy leżałam na kłującej trawie na jakiejś pustej powierzchni. 
 Podniosłam się powoli i zaczęłam rozglądać. Poczułam jak ktoś kładzie dłoń na moim ramieniu z tyłu i od razu odwróciłam się w jego stronę. 
 Harry... 
 Harry bez koszulki, w tych swoich czarnych butach i mega obcisłych spodniach stał przede mną. Nie miałam pojęcia, jak się zachować. Byłam lekko zakłopotana widokiem jego umięśnionej klaty, na której nie było niczego, z wyjątkiem tatuaży...

-Dalej niczego nie rozumiem... - powiedziałam w końcu, hamując łzy. W odpowiedzi chłopak odwrócił się do mnie plecami i wtedy je zobaczyłam...

 Zobaczyłam te okropne blizny na jego plecach w kształcie odwróconej litery "V". Zatkało mnie z wrażenia, nie mogłam niczego zrobić, tylko otworzyłam usta z wrażenia. Po mojej twarzy mimowolnie spłynęła łza. Czy to naprawdę było to, o czym myślałam? To, o czym tak kochałam czytać... Czy to były... blizny po skrzydłach...? A jeśli tak, to czy Harry to upadły anioł?
 Czytałam książki o różnych aniołach, upadłych, nefilach i innych istotach tego typu. Nie były one dobrymi istotami, tylko złymi. Jednak Harry taki nie był. Wręcz przeciwnie! Uratował mnie dwa razy, do tego raz przed śmiercią. Więc dlaczego na plecach miał blizny dowodzące na to, że jest zły?

-Po prostu ktoś popełnił błąd, a najwyższe władze aniołów uznały, że to mój błąd. - odezwał się w końcu, jakby czytał mi w myślach. - Można powiedzieć, że mnie wrobili. 

 Znów odwrócił się twarzą do mnie i spojrzał mi w oczy. Podszedł krok bliżej, a ja oddaliłam się od niego o dwa. 

-Nie ufasz mi?

-Dlaczego miałabym to robić? - zapytałam. - Ja... Ja nawet nie wiem, co się tutaj dzieje. Znam cię kilka dni. Teraz nagle... No... Mówisz mi, że jesteś...

-Upadłym aniołem.

-No właśnie! - krzyknęłam - Chcę do domu...
 
 I wtedy zakręciło mi się w głowie. Upadłam na ziemię i znalazłam się w moim pokoju. 
 Siedziałam na ziemi w moim pokoju, a przede mną siedział Harry. Patrzył w moje oczy błagalnie.

-Nie możesz tutaj zostać. Nie chcę mieć z tobą niczego wspólnego.

-Dlaczego oceniasz mnie, nie znając nawet mojej przeszłości? Możesz mnie chociaż wysłuchać? - kiwnęłam głową, w sumie miał rację, przecież nie znałam jego przeszłości. Serio, Alice? Aż tak bardzo się boisz? - Zaczęło się, gdy mój przyjaciel zaczął być zazdrosny. Miałem szansę na to, by znaleźć się w tej wyższej randze aniołów. Tych, którzy w jakimś tam sensie nie mają żadnych obowiązków, prócz pilnowania tych z mniejszymi funkcjami i prawami. Marzyłem o tym. A James... On o tym wiedział. - na jego twarzy pojawił się smutek - Zaczął mówić na mnie różne dziwne rzeczy... Pewnego dnia pewien anioł przybiegł do mnie mówiąc, że James zszedł na ziemię i ma kłopoty. Oczywiście zaryzykowałem i zszedłem, by mu pomóc. ŻADNEMU aniołowi nie wolno zejść na ziemię, a ja zszedłem, by mu pomóc... W czasie drogi znaleźli mnie i obdarli ze skrzydeł. Okazało się, że James to ukartował. Do tego wmówił innym aniołom, że to nie był mój pierwszy raz, a ja łamałem wszelkie anielskie zasady.

-Uwierzyli?

-Ally, słowo upadłego anioła kontra słowo anioła, który 'nigdy niczego nie zrobił'. - na jego ustach pojawił się krzywy uśmieszek - Jednak dostałem szansę. Mam być twoim stróżem. 

 Zatkało mnie totalnie. HARRY ma być MOIM STRÓŻEM? 

-Naprawdę... Ty... Wow...

-Tak... - zaśmiał się - Tak można powiedzieć.

 Długo siedzieliśmy jeszcze razem. On tłumaczył mi, na czym konkretnie polega jego zadanie. Jeśli uda mu się je wypełnić - wróci do domu. Do nieba... Nie miałam zamiaru stawiać oporu. Ufałam mu i bardzo chciałam pomóc. Uznałam, że zasłużył sobie na to, by wrócić, spełnić swoje marzenia i skopać tyłek Jamesowi...
  Kiedy skończyliśmy rozmawiać o codzienności Harry'ego, zaczęliśmy rozmawiać o mojej codzienności. Chociaż i tak wiedziałam, że on o wszystkim wie, to i tak słuchał mnie jak nikt nigdy. Jak prawdziwy przyjaciel. A te jego oczy... Takie wielkie, zielone, ciekawe, głębokie...

-Hej, ale to, że jestem twoim stróżem nie oznacza, że nie możemy się zaprzyjaźnić, prawda...? - spytał, a ja zaczęłam udawać, że się zastawiam. Popiłam przy tym gorącą czekoladę, którą wcześniej przygotował nam Harry. Odpowiedź była jasne

-Hmm... Raczej nie. - odpowiedziałam z uśmiechem. Odpowiedział mi tym samym, po czym podszedł do mnie i starł mi coś z górnej wargi. 

-Czekoladowe wąsy ci nie pasują. - wyjaśnił, nie przestając patrzeć mi w oczy. 

 To właśnie wtedy poczułam, że nie chcę, by kiedykolwiek przestawał patrzeć na mnie w ten sposób...

niedziela, 26 lipca 2015

Rozdział 2 - "Aniele..."

 Weszłam do domu najciszej, jak tylko się dało. Nie chciałam zostać zauważona przez mamę, ponieważ bolał mnie brzuch, w który pół godziny temu uderzył mnie bandyta. Na pewno zauważyłaby, że coś jest nie tak, a ja nie chciałam jej się tłumaczyć. Tak poza tym, pewnie zgłosiłaby sprawę na policję, a ja nie miałam ochoty na takie zamieszanie...
 Pobiegłam do swojego pokoju i wprost rzuciłam się twarzą na łóżko. Nie mogłam uwierzyć w to, co mi się przytrafiło. Jak dobrze, że Harry był blisko. 
 Jednak coś przez cały ten czas mi nie pasowało - wcześniej go nie widziałam... W jaki sposób znalazł się przy mnie tak szybko? Coś mi tu nie grało...
 Szybko przestałam myśleć o rzeczach logicznych i zajęłam się tymi pozbawionymi jej. 
 Oczy Harry'ego. 
 Jego głębokie, cudowne, zielone oczy... 
 Nie mogłam przestać o nim myśleć. Było w nim coś, co sprawiło, że moje myśli krążyły wokół niego przez cały czas.

***
 Ciemność. Otaczała mnie z każdej strony, a ja czułam ogromny strach. Czułam, jak nogi załamują się pode mną. W pewnym momencie upadłam i nie potrafiłam się podnieść... Leżałam na ziemi 'plackiem' i nie mogłam wstać. Chciałam krzyczeć, lecz z moich ust wydobyło się tylko nieme wołanie. Nagle zauważyłam leżące przede mną wielkie, czarne pióro... Ruszyłam dłonią, by je podnieść i - ku mojemu zdumieniu - udało się. Przykucnęłam. Wzięłam je do rąk i nagle znalazłam się na jakiejś powierzchni na zewnątrz. Wiatr lekko wiał w moją twarz. 
  Wtedy zobaczyłam te oczy. 
 Te zielone oczy, które miały w sobie tyle magii.

-Harry, co tu się dzieje?

-Aniele? - na jego twarzy namalowało się ogromne przerażenie - Nie powinno cię tu być.

-Ale co tutaj się dzieje? Dlaczego tutaj jestem? I...i... - po moim policzku mimowolnie spłynęła łza. Harry podszedł tak blisko, że był na wyciągnięcie dłoni. - Boję się...

-Nie musisz. - zapewnił mnie, gładząc mnie po policzku - Obiecuję ci, że nie ucierpisz. A teraz już musisz iść. Nie wolno ci tu być.

-Harry, ale... - zaczął znikać. - Harry!

***
-HARRY! 

 Obudziłam się. To był tylko sen...
 Drzwi od mojego pokoju otworzyły się i stanęła w nich mama. 

-Alice, co się dzieje?! - spytała zszokowana. Domyśliłam się, że obudził ją mój wrzask. Widziałam, że szybko zerwała się z łóżka. Miała narzucony na siebie byle jak szlafrok, do tego jej ciemne włosy były porozrzucane niechlujnie we wszystkie strony.

-Nic, mamo... - odparłam, siadając. Zobaczyłam na zegarku godzinę 7:00. Obudziłam się w sam raz. - Po prostu miałam zły sen...

-Chcesz o nim porozmawiać? - zapytała z troską, zapominając o tym, że dopiero co ją obudziłam. Wcale nie musiała wstawać, bo miała być w pracy dopiero o 11:00.

-Nie, dziękuję... Dziś pierwszy dzień szkoły. Muszę się przygotować.

 Poranek w domu minął mi szybko - poranna toaleta, śniadanie... Ubrałam moje ulubione obcisłe jeansy, czarną koszulkę na ramiączkach, a na nią jasnofioletową koszulę w kratkę. Oczywiście nie mogłam nie włożyć moich ukochanych czarnych conversów. 
 Byłam w szkole 10 minut przed rozpoczęciem lekcji. Moja "przyjaciółka" nawet nie spojrzała na mnie. Tak jak Jace. I dobrze. Obydwoje obściskiwali się przed klasą, miałam ochotę podejść i powiedzieć, jak jeszcze dwa dni temu Jace całował się w parku z inną... Mimo wszystko, darowałam sobie. 
 Pierwszą lekcją była historia z Panem Williamsonem. 
 Usiadłam sama w ostatniej ławce przy oknie. Zazwyczaj siedziałam z Kylie, jednak... No cóż. Chyba nie muszę nic mówić... 
 Po dwóch pierwszych minutach lekcji otworzyły się drzwi i wszedł przez nie wysoki chłopak w koku. Miał na sobie obcisłe spodnie, czarny T-shirt, a na oczach - okulary przeciwsłoneczne. Wydałam z siebie cichy okrzyk, gdy dotarło do mnie, kim jest ta osoba...

-Przepraszam za spóźnienie - odezwał się głębokim i niskim głosem, po czym zdjął okulary.

-Tak myślałem, że to akurat tutaj brakuje mi nowej twarzy - odparł nauczyciel - Oto Harry Styles, nowy uczeń. Proszę, Harry, usiądź w ostatniej ławce obok Alice.

 Zrobiłam się czerwona jak burak, bo wiedziałam, że teraz cała uwaga skupiła się na nim.

-A teraz sprawdzę obecność...

 Harry usiadł swobodnie obok mnie. Uśmiechnął się do mnie, po czym wyszeptał:

-Miło mi znowu cię widzieć... Tym razem w tym realnym świecie. - zatkało mnie totalnie. Czy on też... - Jednak nie możesz mnie tak odwiedzać. To niebezpieczne.

-Czy ty... Ja... - nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć. Dlatego zamilkłam. Gdy lekcja się skończyła, wybiegłam ze szkoły, nie mówiąc o tym nikomu. Nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Po prostu biegłam przed siebie jak szalona. 
 Wybiegłam na jezdnię, kiedy nagle zza zakrętu wyjechał samochód.
 Z przerażenia odebrało mi tchu. Już miałam coś krzyknąć kiedy nagle poczułam mocne pchnięcie mojego ciała, a chwilkę potem - upadek...
 Leżałam na trawniku na...  Harry'm. Byłam przerażona. Patrzeliśmy sobie prosto w oczy. Trzymałam się z całej siły jego koszulki, czułam jak trzęsą mi się ręce. Usiadł tak, że siedziałam mu na kolanach. Dalej spoglądał w moje oczy, w których momentalnie pojawiły się łzy.
 Przytuliłam go z całej siły i płakałam jak małe dziecko. On odwzajemnił uśmiech i lekko głaskał mnie po plecach.

-Przecież ci obiecałem, że nie ucierpisz.... - wyszeptał mi do ucha - Jesteś bezpieczna... 

 Przypomniałam sobie, co się wydarzyło. Odkleiłam się od niego i wstałam.
  Uświadomiłam sobie, że w jakiś dziwny sposób jesteśmy z sobą powiązani. To mnie przeraziło...

-Harry... - zaczęłam z wielką gulą w gardle. - Harry, błagam cię... Wytłumacz mi, co się tutaj dzieje... O co w tym wszystkim chodzi... Dlaczego... Dlaczego tak nagle pojawiasz się w moim śnie i wiesz o wszystkim... Nie rozumiem tego... Nie potrafię...

 I wtedy znów nastała ciemność.
 Tym razem to nie był sen...
 


 

 

   

Rozdział I - "Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie..."

 Słuchawki na uszy i w drogę - tak, to moje motto... 
 Właśnie szłam przez miasto z moimi wielkimi, białymi słuchawkami na uszach. Ten dzień był wyjątkowo ruchliwym dniem, dlatego wolałam pospacerować po parku.
 Bardzo potrzebowałam tego spaceru. Ostatnio w moim życiu wydarzyło się zbyt wiele niemiłych rzeczy... Musiałam zebrać myśli. Już i tak straciłam aż tydzień na płacz i totalne załamanie. Teraz nie mogłam pozwolić sobie na to, aby ktoś nieważny zajmował moje myśli. 
 Wszystko zaczęło się w zeszłą sobotę, kiedy to dostałam sms'a od nieznanego przeze mnie numeru - "Twój ukochany Cię zdradza:)". Doznałam wielkiego szoku. Nie uwierzyłam. Od razu odpisałam, pytając z kim niby miałby mnie zdradzić, skąd taka informacja i kim jest osoba, pisząca do mnie. 
  "Idź do 'Waszej' kawiarni, to się przekonasz. Nie wiem, czy będziesz chciała jeszcze kiedyś gadać z nim lub ze swoją 'przyjaciółką'..."
 Zaniepokoiłam się. Ufałam mojemu chłopakowi - Jace'owi - jednak nie chciałam kusić losu. Uznałam, że po prostu pójdę do tej kawiarni, aby... wypić kawę. Przecież wcale nie musiało go tam być, ktoś mógł robić sobie żarty. Jednak gdy doszłam do kawiarenki, totalnie mnie zatkało... Moja 'najlepsza przyjaciółka' całowała się z moim byłym już chłopakiem... Podeszłam do nich z uśmiechem i przywitałam się. Rzuciłam tekstem: "bawcie się razem dobrze, jesteście obydwoje sami siebie warci" i wyszłam. Kylie i Jace próbowali się ze mną kontaktować, ale olałam to. Unikałam ich. Teraz jednak wiedziałam, że czekał mnie powrót do szkoły, co oznaczało, że musiałam ich widywać... Razem czy osobno...
 Weszłam do parku i podgłosiłam piosenkę Rihanny. Szłam powoli, patrząc na wszystko to, co cieszy ludzi, a mnie tak boli... Gdzieś dwa metry ode mnie na ławce siedziała całująca się para... Jeszcze gdzieś indziej wydurniała się para najlepszych przyjaciółek. A tak poza tym? Była sobota, więc było wiele młodzieży oraz ludzi z psami. 
 Nagle moją uwagę przykuł człowiek bardzo podobny do Jace'a. Trochę dalej ode mnie... Te same jeansy, koszula... Ale chwileczkę, dlaczego dziewczyna, którą opierał o drzewo i trochę zbyt namiętnie całował nie była Kylie?! Już miałam do niego podejść i go ochrzanić. Do tego uderzyć go i to dosyć mocno. Jednak dlaczego miałabym to robić? Dlaczego miałabym bronić dziewczyny, która udawała najlepszą przyjaciółkę, a na boku obściskiwała się z moim chłopakiem? Kiedy tak stałam i myślałam o tym wszystkim, nawet nie zauważyłam, jak ktoś podchodzi do mnie od tyłu.
 Ciężki osobnik zaczął mnie szarpać. Chciał wyrwać mi z rąk moją torbę i telefon! Kopnęłam go, lecz on oddał mi ciosem w brzuch. Upadłam na ziemię, skręcając się z bólu i już chciałam zacząć krzyczeć, by ktoś złapał go i zabrał mu mój telefon, jednak zobaczyłam jak wysoki chłopak daje mu z pięści w twarz. Upuścił moje rzeczy, a po chwili uciekł przestraszony. 
 Podniosłam moje rzeczy z ziemi i wtedy usłyszałam głęboki i niski głos. 

-Nic ci nie jest? - zapytał, a ja spojrzałam na niego. Mój 'bohater' stał nade mną z wyciągniętą ręką. Miał półdługie, brązowe i kręcone włosy. Ubrany był w obcisłe, czarne rurki oraz koszulę, zapiętą na dwa, góra trzy guziki. Podałam mu dłoń, a on pomógł mi wstać. - Chyba dosyć mocno  cię uderzył, może mam zawieźć cię na pogotowie...?

-Nie, nie... Wszystko w porządku. - odparłam pośpiesznie. - Dziękuję ci bardzo, nie wiem, co bym zrobiła, gdyby zwiał z moimi rzeczami...

-Nie dziękuj mi, bo naprawdę nie ma za co. - odpowiedział, patrząc mi w oczy. Uśmiechnęłam się, po czym poczułam się trochę niezręcznie, czując na sobie jego uwodzicielski wzrok.

-Coś nie tak? - spytałam, a on chyba się zakłopotał. Pokręcił przecząco głową. I dalej to robił... Patrzył na mnie tym swoim wzrokiem. Był taki cudowny... Uwodzicielski... Czułam, że chciałabym mieć z nim coś wspólnego. - Emm... Jeszcze raz bardzo ci dziękuję. 

-Naprawdę nie musisz mi dziękować... Ale... 

-Nie mów, że cię uderzył, błagam...

 Zachichotał, a ja spojrzałam na niego ze zdziwieniem. No tak, zbyt bardzo panikowałam. Zresztą, jak zwykle...

-Jestem Harry. - podał mi dłoń.

-A ja Alice. 

-No, więc Alice... Ally... Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy... - powiedział, po czym wziął do ręki moją komórkę. Gdy mi ją oddał, zobaczyłam, że wpisał mi swój numer. - Do zobaczenia...

 Po tych słowach odszedł, a ja stałam jeszcze przez chwilę, jak głupia. Czy to naprawdę mi się przytrafiło? Może to jakiś dobry znak? A co, jeśli nie i Harry okaże się być taki jak Jace...? Nie każdy musi taki być, ale on wydaje się być westchnieniem kobiet. Tym bardziej, że jest atrakcyjny, a te jego oczy... Było w nich coś magicznego. Zauważyłam duże, czarne piórko leżące przed moimi stopami. Podniosłam je i uznałam, że na pewno nie należy do żadnego ptaka.
 Nie, Alice! Nie zadzwonisz! - pomyślałam sobie i wróciłam do domu.